13 powodów... by się szybko zirytować (Recenzja serialu - !Spoilery!)



No więc tak. Dawno mnie tu nie było, ale żyję. Mam się względnie dobrze i powracam na łono bloga z tym, co lubię najbardziej - z krytyczną recenzją.

Zauważyłam, że takie rzeczy najlepiej mi się pisze. Ah, złośliwa Oldżi. Co by nie mówić, recenzje pojawiają się tu rzadko, a poprzednio obsmarowałam najnowszego Pottera. Chyba po prostu coś musi mnie wyjątkowo wkurzyć, żeby w ogóle chciało mi się o tym napisać.

13 powodów... 13 reasons why... jak wolicie. Ten serial to ciężki temat i nie mówię tu wcale o tym, czego dotyka, a więc o samobójstwie. Mówię o tym, że dawno, ale to naprawdę dawno żaden serial tak mnie nie wkurzył. Nie zirytował. Nie sprawił, że miałam ochotę, by już w końcu bohater zginął, będzie po sprawie. I od razu zaznaczam, że nie czytałam książki, choć to może błąd, bo ponoć książkę jest łatwiej znieść. A nawet polubić.

Zacznijmy od początku. Mamy amerykańską szkołę, pełną amerykańskich nastolatków, jakby wyjętą żywcem z jakiegoś High School Musicalu. Są sportowcy, są cheerleaderki i tłum innych dziwnych uczniów, po których od razu widać, skąd się urwali. Z amerykańskiej szkoły, bo cały obraz tej placówki jest tak do bólu przerysowanym portretem amerykańskiej szkoły, że gorzej się już nie da. I pośród tego mamy Hannah, którą poznajemy z kaset, choć ja bym wolała nigdy nie poznać. Dawno nie czułam takiej niechęci do żadnej bohaterki chyba od czasu Belli ze Zmierzchu.

Hannah jest gwiazdą serialu, ponieważ Hannah się zabiła. Niestety, musiała zabić się na zasadzie "na złość babci odmrożę sobie uszy" i pozostawiła 13 kaset, na których... no właśnie. W opisach serialu na wszelkich portalach możemy znaleźć informację, że Hannah wyjaśnia powody swojego samobójstwa. Z tym, że ona robi coś znacznie gorszego. Ona obwinia o swoje samobójstwo ogromną liczbę ludzi wokół siebie, fundując im traumę do końca życia. Robi tak zarówno z jedynym naprawdę winnym Brycem, przez ludzi, którzy byli dla niej niemili jak Marcus, aż po takich, którzy nie zrobili jej zupełnie nic złego, jak Clay, Cheri czy Zach. A jednak wszyscy są wymienieni jako powody, wszyscy zostają oskarżeni zza grobu przez Hankę i wszyscy już do końca życia będą musieli żyć z piętnem "ona zrobiła to także przeze mnie".

Tylko, że czy ktoś poza Brycem faktycznie tam coś złego zrobił? Coś tak złego, by doprowadzić kogoś do samobójstwa? Moim zdaniem nie i o ile do Bryce'a faktycznie czuje się po seansie niechęć, tak resztę można lubić albo nie, ale z ich czynów zrobiono straszny szum. Hannah przed imprezą u Jessici nie doświadcza właściwie nic, z czym nie mierzą się nastolatkowie na co dzień. Na dodatek rani Zacha, który tylko chciał być dla niej miły, a ona wydarła się na niego w stołówce, czy Claya, karząc mu wypierdalać, a potem jeszcze czyni go powodem nr 11 bo śmiał spełnić jej rozkaz zamiast zostać. Serio? Dla kontrastu mamy chociażby takiego Justina, który ma w życiu o wiele poważniejsze problemy niż Hanka, ale jednak jakoś się trzyma. Popełnia błędy, ale żyje. I dlatego odnoszę wrażenie, że ten serial trochę uwłacza ludziom z prawdziwymi problemami, ludziom, którzy przeszli w życiu piekło, skoro jakiś durny ranking na ładny tyłek jest uznany za strasznie poważny powód odebrania sobie życia. Czytałam już tłumaczenia "ale ona ma dopiero 17 lat". Nie wiem jak inni, ja na pewno w wieku 17 lat taka nie byłam, Hannah zachowuje się w tym serialu, jakby miała 13.

To, co mnie jeszcze mocniej boli, to kompletnie, po całości nieudane przesłanie. Jeśli ten serial miał pokazać problemy człowieka z depresją, jeśli miał pokazać, że trzeba być dla siebie milszym, bo może wtedy uratujemy kogoś od samobójstwa, to zawiódł. I to po całej linii. W moich oczach Hannah miała problem. Ale nie z ludźmi wokół niej, ale z samą sobą. I tu było światełko w tunelu, jedyna szansa, aby ta produkcja się obroniła. To mogło być dobre studium kogoś z depresją albo inną chorobą. Bo to nie żadna z osób na kasecie poprowadziła naszą Hanię do wanny z wodą. Ją tam poprowadziła choroba. I nie podoba mi się to, że Clay czuje się winny i uważa, że gdyby porozmawiał z Hannah, to by coś zmieniło. Nie zmieniło by. Choćby każdy z bohaterów stanął na głowie, Hannah i tak w swoim umyśle odczytała by wszystko po swojemu i zawsze znalazła jeśli nie ten, to inny powód, by odejść. Bo chciała to zrobić. Jej potrzebna była ostra terapia, leki, psychiatra, a nie Clay wyznający uczucia. Pan Porter miał rację, samą miłością by jej nie uratowali, bo to była JEJ, nie ich decyzja. Przesłanie 13 powodów to "bądźmy dla siebie mili", ale to tylko utrwala stereotyp depresji jako takiej tam chandry, gdzie wystarczy być miłym, by kogoś uratować. Wolałabym, żeby to pokazało raczej, że jeśli ktoś ma depresję i chce odebrać sobie życie, to należy być czujnym, rozpoznać to i gnać do lekarza, bo byciem miłym niczego tu nie załatwisz.

Nie będę się rozpisywać o innych absurdach, jak wspomniany już watek z Zachiem, czy taśma 13, kiedy biedny psycholog, który zrobił w moich oczach naprawdę, co mógł, zostaje obwiniony, bo...  No właśnie, dlaczego? Bo nie dał gwarancji, że gwałciciel pójdzie siedzieć, której przecież NIE MÓGŁ dać?

Oglądając to "dzieło" bolał mnie każdy nerw i wszystko we mnie krzyczało "źle, źle, źle". Dlaczego mając w ręku tak dobry temat, robimy bajkę dla nadwrażliwych nastolatków, na dodatek pokazując, że nie ma sensu szukać pomocy, a jedyne wyjście to widowiskowe podcięcie żył w wannie. Dlaczego pokazujemy stany depresyjne jako bycie drama queen i dlaczego sprzedajemy receptę na to w postaci "bądźmy dla siebie mili", "nie róbmy głupich rankingów", "nie publikujmy wiersza jako anonim, bo to taka straszna zbrodnia". I tak jak wcześniej Przeklęte Dziecko uznałam karykaturą Pottera, tak 13 powodów uważam za karykaturę dramatu. Który miał wywoływać łzy i refleksję, a wywołuje... niesmak?

Komentarze