Oldżi w trasie po raz dwudziesty - wyjazd do Elblaga 3.05.2017


Elbląg to najczęściej odwiedzane przeze mnie miasto, jeśli chodzi o wyjazdy na mecz. Jeżeli dobrze się naliczyłam, byłam tam już w tym celu siedem razy i jak na razie jest to rekord, jeżeli chodzi o mój kibicowski szlak, który od wczoraj liczy dwadzieścia wyjazdów do w sumie ośmiu miast. To nie jest zbyt imponujący wynik, patrząc na to, ile lat jestem w KK i wiele osób przebija mnie, myślę, że mniej więcej dwukrotnie, nie mniej jednak odkąd zaczęłam jeździć, to powoli kolekcjonuję własne wyjazdowe wspomnienia. Z tego miasta jest ich najwięcej, bo właściwie mamy tam z Gdyni najbliżej, jeżeli pominąć Gdańsk czy Kościerzynę, które są w Superlidze dopiero od niedawna. Tak więc wczoraj, tak się złożyło, że akurat w święto, miał miejsce oficjalny dwudziesty wyjazd kibicowski Oldżi, kolejny w roli małej blogowej reporterki. 

Zacznijmy od tego, że obecny sezon to dobry sezon. Powiedziałabym, że pierwszy od dawna z tak realną szansą na mistrzostwo. Na fali dobrych nastrojów wczorajszy wyjazd był wyjazdem autokarowym, a udział w nim wzięli także ludzie spoza Klubu Kibica. Autokar został podstawiony już o 15, mimo, że sam mecz rozpoczynał się o 18. Jednak wiadomo, jak to zwykle bywa i nim się wszyscy zebrali, ruszyliśmy w drogę ok. 15.20.



Jazda w 'pierwszą stronę' ma zawsze to do siebie, że jeszcze nie zna się wyniku. W związku z tym zawsze nastroje są dobre, jest muzyka, śpiew i wesołe rozmowy, a na pytanie 'Czy wygramy?' pada odpowiedź, że 'Oczywiście'.  Tak jest i tym razem, droga krótka, ale przyjemna, a ja tak dawno nie byłam na wyjeździe, że od środka rozpiera mnie szczęście i myślę sobie o tym, jak bardzo lubię KK jako instytucję, ale także ludzi w nim, nawet mimo wszystkich zgrzytów, które się czasem pojawiają. Śmiechy, zabawa, jeden krótki postój i o 17.15, z dużym wyprzedzeniem, lądujemy pod elbląską halą. 



No, a więc opisałam tę najfajnieszą część, a teraz pora przejść do mniej fajnej, czyli samego meczu... Kiedy już dojedziemy na miejsce, wkroczymy radośnie na halę i rozlokujemy się na sektorze, zostaje oglądać sportowy spektakl, który niestety nie zawsze idzie po naszej myśli. Niestety, co tu dużo mówić, tak było i tym razem. O ile większość pierwszej połowy była po prostu wyrównana, tak jej końcówka, jak i cała druga połowa stanowiła jedną wielką porażkę (po połowie 15:12, ostatecznie 26:21). Ostatnie 15 minut meczu chciało mi się płakać, a po spotkaniu jedynie jak najszybciej opuścić halę. Niby nie pierwsza taka porażka i nie ostatnia, ale boli, a w samiutkiej końcówce sezonu boli tym bardziej. 



Ten, kto wtedy był ze mną wie, w jak kiepski nastrój wpadłam, w jakiej ciszy siedziałam w autokarze, oparta o szybę. Nawet kiedy jeszcze przed wejściem do środka inni stali na parkingu i dyskutowali, ja weszłam od razu do środka, bo i o czym miałam mówić. To był ten moment, kiedy straciłam wiarę, kiedy zaczęłam wierzyć, że z tego mistrza już nic nie będzie i zaczęłam nam wróżyć jakieś 3-4 miejsca. Pojawiło się zwątpienie czy jechać z dziewczynami do Koszalina i czy w ogóle jest jeszcze o co walczyć. 



Na szczęście, mi zawsze każdy zły humor prędzej czy później minie. Nadchodzi moment, w którym się odblokowuję i znów rozmawiam i żartuje z kolegami, niemal tak, jak w poprzednią stronę. Atmosfera w autokarze się poprawia, wracamy do planów na sobotni wyjazd do Koszalina, a ja zmieniam swoje wewnętrzne nastawienie. I w tych poprawionych nastrojach o 21.20 wracamy pod naszą gdyńska halę.



A teraz, moi kochani, zapomnijcie cały ten fragment o tym, że nie mamy o co walczyć. Oczywiście, że mamy. Fakt, że sytuacja na górze tabeli zrobiła się niepokojąca, ale z drugiej strony, czy w obecnym systemie bez play-offów chodzenie na mecze z pewnym mistrzostwem w garści nie byłoby takie nudne i bez wyrazu? Czy magia kibicowania nie polega na emocjach, na tych nerwach i wyczekiwaniu, kto zdobędzie to złoto? Zostały jeszcze tylko i aż 3 mecze i być może punkty jeszcze rozłożą się tak, że ostatni mecz w Gdyni będzie decydujący. I niech tak będzie, bo wtedy, jeżeli wygramy, będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Komentarze

  1. Olga,jak zwykle pełen profesjonalizm. Uwielbiam czytać Twoje opisy,spostrzeżenia itd. Ciekawe,czy wydasz kiedysz książke,którą także bedzie można z przyjemnością przerzucać stronke po stronce. Super,dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :) Strasznie lubię to robić, pisać, a zwłaszcza o Vistalu :)

      Usuń
    2. Ciężko, ale z nadzieją. Teraz wyjazdowy do Koszalina jest naszą ostatnią szansą .Jadąc do Elbląga ,wszyscy stawiali na Vistal .Prysła jak bańka mydlana ,nasza wiara w zwycięstwo po niemocy strzeleckiej naszych "gwiazd" One chciały ,ale Tetel nie .Dalej nie potrafiły zagrać na normalnym poziomie. Kiedy szło nam dobrze Tetel zaczął kombinować .Zmieniał zawodniczki w polu i zostało tak jak było Kozłowska ,oślepła i nie widziała bramki.Siedząca obok mnie ,młoda piękna kobieta ,widząc że Kozłowska gotuje się do rzutu na bramkę ,wyszeptała z obawą ,nie rzucaj ,nie rzucaj, podaj Kozłowska rzuciła i trafiła w ścianę 2 metry od bramki.Towarzyszące tej piękności ,3 młode dziewczyny ,śledząc poczynania naszych zawodniczek prawie modliły się .Aby Vistalki grały tak jak potrafią a nie tak jak Tetel im każe .Po zakończeniu meczu ,jedna z nich popłakała się .Mnie było bardzo przykro że te młode dziewczęta musiały przeżywać to co się działo .Ja stary wyga kibicowski jestem uodporniony na takie stresy Jeden z największych, jakie przeżyłem to na meczu w Lubinie ,gdzie nasze dziewczyny dostały takie lanie że chyba można było by porównać klęskę do klęski wrześniowej . Eeee tam,koniec o tym co było Teraz ,musimy zabrać siły na Koszalin.W sobotę o 13 00 pod halą ,od strony lasu .Więc z WIARĄ w zwycięstwo ,do zobaczenia

      Usuń

Prześlij komentarz