'Przeklęte dziecko' okiem Ślizgonki - recenzja - !UWAGA SPOILERY!


Niecały tydzień temu  miała miejsce polska premiera jednej z najbardziej wyczekiwanych książek tego roku. 'Harry Potter i Przeklęte Dziecko', nazywane szumnie przez wielu tomem ósmym serii o Harrym Potterze, nareszcie trafiło na półki polskich księgarni. Piękne, przetłumaczone, pachnące nowością. Oczywiście ja, jako zagorzała fanka świata HP, a także autorka fanfików w tym świecie osadzonych, nie mogłam odmówić sobie zakupu oraz przeczytania tej pozycji, możliwie jak najszybciej. Dziś przychodzę do Was z recenzją, ostrą, subiektywną oraz naszpikowaną spoilerami.

Z całą miłością jaką darzę serię o Harrym Potterze, nigdy nie byłam zwolenniczką koncepcji powstania jakiejkolwiek kontynuacji. Po co dokładać kolejny tom do czegoś, co jest idealne? Siedem tomów, razem z 'Qudditchem przez wieki', 'Fantastycznymi zwierzętami' oraz 'Baśniami Barda Beedle'a', tworzą razem cudowną, zamkniętą całość, więc nie widziałam powodu, by to 'ruszać'. Od tego są fanfiki, one mogą rozwijać wątki młodości rodziców Harry'ego czy przygód jego dzieci, a jeśli fani aż tak bardzo pragną oficjalnego stanowiska pani Rowling w tych sprawach, niech zajrzą do wywiadów z nią albo na serwis Pottermore. Cóż, kontynuacja jednak powstała.

W pierwszej scenie 'Przeklętego dziecka' powracamy do epilogu ostatniej części. Znów widzimy Harry'ego jako mężczyznę w średnim wieku, ojca trójki dzieci i męża Ginny. Ron i Hermiona również są małżeństwem, mają córkę i syna, a Rose Granger-Weasley i Albus Potter wybierają się po raz pierwszy do Hogwartu. Tak nasza opowieść się zaczyna, a z czasem dowiadujemy się coraz ciekawszych rzeczy. Harry to przepracowany pracownik ministerstwa, a Hermiona jest ministrem magii. Albus zaprzyjaźnia się ze Scorpiusem Malfoyem, synem Dracona, co nie podoba się Rose. Albus i Scorpio zostają przyjaciółmi, oddanymi sobie na śmierć i życie, a na dodatek razem przeżywają przygody, o jakich nie śniło się ani filozofom, ani kiedykolwiek mnie samej.

Nie spodziewałam się po 'Przeklętym dziecku' za wiele i chociaż bardzo chciałam się pozytywnie rozczarować, tak się nie stało. I nie chodzi tu o formę - zupełnie nie przeszkadza mi forma scenariusza, od początku wiedziałam, że to sztuka, a nie powieść, poza tym czyta się tę książkę lekko, jak zwykłe opowiadanie. Nawet jeśli ktoś nie ma za bogatej wyobraźni, didaskalia w wystarczającej mierze zastępują opisy. Problemem jest treść, nieustępliwie brzmiąca jak fanfik, a nie jak oficjalna kontynuacja, a na dodatek jak wyjątkowo kiepski fanfik. Czytając zaledwie pierwsze kilkadziesiąt stron, miałam wrażenie, że oto ktoś niezbyt obyty w świecie HP, kto przeczytał powieści może raz, a może widział same filmy, zabrał się za napisanie historyjki osadzonej w tym uniwersum.

Być może 'przełknęłabym' ten twór jako oddzielną historię, jako pewną wariację na temat HP, ale jako coś reklamowanego jako część ósma, sorry, ale nie. Nie jestem zwykłym czytelnikiem, a moja dusza potterheada  z krwi i kości, ilości absurdów w tej książce znieść nie potrafi. Nie przełknę Rose Granger-Weasley jako małej nadętej księżniczki, która jest chorobliwie uprzedzona do Scorpiusa Malfoya i nie odzywa się do własnego kuzyna tylko za przyjaźń z nim Nie uwierzę, że ktoś tak mądry, jak Hermiona, wychowałby córkę, która mówi 'Ty jesteś Potter, a ja Granger-Weasley, wszyscy chcą się z nami przyjaźnić, mamy wybór'. Nie przełknę idiotycznych plotek o tym, że Scorpio to syn Voldemorta, gdyż Astoria cofnęła się w czasie i dała zapłodnić Czarnemu Panu. Nie przełknę jakichkolwiek sugestii, że Czarny Pan może mieć dzieci.

Charaktery wszystkich postaci mnie niemiłosiernie irytują, a przy tym są drętwe i płaskie i jedyną, która zdaje się zachować swój charakter, jest profesor McGonagall. Harry i Draco jako niemal najlepsi kumple też do mnie nie przemawiają. Bardzo, bardzo lubię Dracona, ale uważam, że po bitwie ich stosunki się co najwyżej lekko polepszyły, co widać po sztywnym skinieniu głowy w epilogu, podczas gdy w PD zachowują się jak dobrzy koledzy, za wyjątkiem sceny pojedynku. Jedyne, co akurat do mnie przemawia, to Harry, który krzyczy, mówi okropne rzeczy, kłóci się z synem. Jest taki, jak w Zakonie Feniksa, gdy w kółko kłóci się z przyjaciółmi, albo gdy demoluje Dumledore'owi gabinet. Poza tym, ktoś mający takie dzieciństwo jak on u Dursleyów, musiał być choć trochę mentalnie skrzywiony.

Niestety, ilość absurdów w tej książce ze strony na stronę wzrasta. Poczciwa staruszka z wózkiem z pociągu okazuje się być monstrum ze szpikulcami zamiast rąk, Harry i Hermiona dyskutują w gabinecie o szkodliwości cukru, a na dodatek nasi bohaterowie odnajdują ten nieszczęsny zmieniacz czasu. Otóż okazuje się, że nie wszystkie zmieniacze czasu zostały zniszczone. Odnajduje się nowy, na dodatek ulepszony, pozwalający cofać się w przeszłość o wiele lat, ale tylko na pięć minut. I tu cała logika z Więźnia Azkabanu zostaje podeptana, okazuje się, że przeszłość jednak można zmieniać. Upokorzony Cedrik Diggory wcale nie jest tak szlachetny, jakim stworzyła go Rowling, ale z tak błahego powodu, jak przegranie zadania w Turnieju Trójmagicznym zostaje śmierciożercą, a na dodatek upokorzenie Diggory'eo sprawia, że Ron zostaje statecznym mężem Padmy Patil. Dlaczego zeswatano go akurat z Padmą, skoro ich wspólne wyjście na bal w Czarze Ognia było taką porażką? To wie chyba tylko Jack Thorne.

Idziemy dalej, a karuzela niszczenia logiki potterowego świata niczym rasowa ałtoreczka fanfikowych opek, trwa. Harry, mimo, iż nie jest horkruksem, a konstrukcja epilogu wyraźnie miała sugerować, że wszystko związane z Lordem V się zakończyło, nadal zna mowę węży i odczuwa bóle blizny. Na dodatek, jeśli do tej pory nie uwierzyliście mi, że Thorne ściąga z fanfików, Czarny Pan ma córkę. Tak, wszystkie ałtoreczki wznoszą tryumfalny okrzyk, bo oto Bellatriks Lestrange i Lord Voldemort mają córeczkę o wdzięcznym imieniu Delphini. Tego nie kupuję już ani trochę, gdyż nie wierze, że Czarny Pan po odrodzeniu, jako biały potwór bez nosa, byłby biologicznie w stanie kogokolwiek zapłodnić, a na dodatek nie bardzo rozumiem kiedy Bella zdążyła być w ciąży, skoro przewija się przez końcowe tomy Harry'ego Pottera i wciąż walczy w jakichś potyczkach.

Przy tym wszystkim, to, że nagle z niczego znajduje się drugi zmieniacz czasu, będący cały czas w posiadaniu Dracona, to, że Albus przemieniony w Rona obcałowuje Hermionę, własną ciotkę, i rzuca do niej tekstem 'zróbmy sobie dziecko' czy to, że trzeba stworzyć nowe, trudne do wymówienia zaklęcie Brachiabindo, które daje identyczny efekt jak istniejące w oryginale Incarcerus, nie jest naprawdę niczym niezwykłym. Mimo to, boli mnie w tej książce wszystko, boli mnie to, że o Jamesie i Lily Juniorach nie ma poza początkową scena ani słowa, że w ogóle nie angażują się w poszukiwania brata, podobnie jak postać-widmo Hugo Granger-Weasley, że Al i Scorpio z taką łatwością przekazują wiadomość kocykiem, że to takie proste, naiwne. Na koniec, żeby utwierdzić nas w przekonaniu, że czytamy fanfik, dostajemy opkowe must have - bal. Z jakiej okazji, skoro poza Turniejem Trójmagicznym bale się w Hogwarcie nigdy nie odbywały? Merlin jeden wie.

Jedynym, co ratuje dla mnie to wątpliwe dzieło, jest postać Scorpiusa. Zżyłam się z nim, wykreowano go jako naprawdę sympatycznego chłopaka i przebija nawet Albusa, który zdaje się być postacią pierwszoplanową.  Niestety, jest to chyba jedyny pozytyw, gdyż ja tej wersji przygód nowego pokolenia czarodziejów po prostu nie kupuję. I nie przekonają mnie argumenty, że mamy przynajmniej okazję powrócić do świata z naszego dzieciństwa. Ja z tego świata nigdy nie wyszłam, więc żadne powroty nie są mi potrzebne, wystarczy moja wyobraźnia, a poza tym, jak już ktoś się za coś bierze, to niech robi to dobrze.

Nie wiem, ile w powstawaniu 'Przeklętego dziecka' miała udziału sama Rowling. I dlaczego firmuje tę książkę swoim nazwiskiem. Czy aż tak zapragnęła ciągnąć historię HP w nieskończoność, dla pieniędzy? Dla mnie fakt, że powstało coś takiego, jak PD, jest smutny, bo oto ktoś wziął mój ukochany świat, moje ukochane postacie, przemaglował, wywrócił do góry nogami, a potem zaczął promować jako część ósmą. I nie ratuje tego nawet fakt, że to tylko scenariusz. Z jego kart aż za bardzo przebija się to, że powstał tyko po to, by na scenie można było oglądać fajne błyski i huki, marnując przy okazji potencjał, jaki uniwersum Harry'ego Pottera posiada. Słyszałam ostatnio, że 'Przeklęte dziecko' nigdy nie powinno wyjść poza deski teatru. I ja się z tym zgadzam, przy czym, nie wiem, czy nawet na scenie chciałabym to zobaczyć. Nawet gdyby mi ktoś zaproponował, że mogę w tym momencie pójść za darmo na spektakl, chyba zrezygnowałabym, w obawie, że oglądając go, znów miałabym wrażenie, że ktoś przywłaszczył sobie moich ukochanych bohaterów i bardzo nie ładnie się z nimi bawi...

Komentarze

  1. Włączyłam komputer pół godziny temu, a już jakieś cztery razy mam okazję widzieć recenzję Harrego. Muszę przyznać, że zrobiło mi się głupio, że jeszcze nie mam tej książki, więc chyba powędruje jutro do Empiku ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, no tak to już jest, jak w księgarniach pojawia się tak wyczekiwana pozycja :) Również pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. chyba bym się w tym nie odnalazła... kiedyś czytałam namiętnie, ale teraz już chyba bym nie dała rady... niewiele pamiętam, przegapiłam te poboczne części... może za kilkanaście lat z synem przeczytam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety z wieloma rzeczami muszę się zgodzić. Nie zmienia to jednak faktu, że przeczytałam w trzy wieczory i troszkę magii znowu poczułam ;) Na pewno na tyle, aby znowu odpalić film i sięgnąć po którąś z poprzednich części :)

    Pozdrowionka,
    Smiley
    https://www.facebook.com/SmileyProjectPL/

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba żałujesz teraz, że wzięłaś to 'dzieło' do ręki... Wcale Ci się nie dziwię, po Twojej recenzji wreszcie mam pewność tego, co do tej pory jedynie tliło się w zakamarkach mojej intuicji: nie chcę tego czytać. Dla mnie HP zakończył się z 7 częścią, gdy Świat Czarodziejów zostaje uratowany na dobre i wszystko kończy się happy endem. Cieszę się też, że w Twojej wersji są spojlery, bo choć nie powinno się ich czytać, jeśli wrażenia z lektury mają byc zachowane, to właśnie tego mi brakowało. Argumentów, które mogłaś chyba podać jedynie z użyciem spojlerów. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie też HP zakończył się na 7 tomie. PD jest dla mnie tylko jakąś tam wariacją na jego temat, ale na pewno nie kontynuacją. Większość ludzi ma o tej części zdanie, że 'nie jest najlepiej, ale może być, przynajmniej znów było trochę magii' - dla mnie jej tam nie było wcale, jeśli już ktoś się zabrał za pisanie kontynuacji czegoś tak dla mnie ważnego, tak wspaniałego jak HP, powinien to zrobić dobrze albo wcale.

      Usuń

Prześlij komentarz